Mądrości powinno być pod dostatkiem, któż z niej bowiem korzysta? - S.J.Lec
poniedziałek, 13 lipca 2009
CV 4

          http://pl.wikipedia.org/wiki/Piri_Reis

Powtórzę za Daukszewiczem: "Tak często mnie pytają ludzie, gdy śpiewam im i gram..." Mnie pytają o co innego, ale mi, w chwili, kiedy dowiadują się, że pływałem, najczęstsze pytania są dwa:

- czy wszędzie byłem?

- czy wszystko widziałem?

Oczywiście na oba pytania odpowiedź brzmi NIE. I nie byłem wszędzie, i nie widziałem wszystkiego. Za to, niewątpliwie, w jakiejś części spełniło się młodzieńcze marzenie, kiedy czytając Conrada wyobrażałem sobie siebie, stojącego na pokładzie statku (w młodych latach ten statek to musiał być drewniany kliper herbaciany!), pędzącego pod pełnymi żaglami gdzieś wśród wysp Indonezji, koło Celebesu, Borneo, po Morzu Chińskim.

Nie wiem, skąd kojarzyło mi się Morze Chińskie z kliprami, bo przecież owe słynne wyścigi miały miejsce z Indii do Anglii, ale to już pewnie wpływ Conrada.

Mam za sobą dwa okresy pracy na morzu, pierwszy w latach 1966 - 1973 (w Polskiej Żegludze Morskiej), i drugi w latach 1984 - 2002, na statkach obcych bander. Ale o tym drugim okresie, w następnym CV.

Zacząłem od "Metalowca".

 http://polsteam.com.pl/ship/626

Byłem na tym statku 18 miesięcy. Pływaliśmy do Włoch, Hiszpanii, ZSRR (Morze Czarne - taki mały port Poti, teraz chyba Gruzja), Norwegii, Szwecji, przez kanał Suezki do Karachi, do Chin i do Japonii, Tunezja, Egipt, Algieria z przepięknym Algierem, lśniącym  w nocy jak bezcenny diamentowy diadem światłami rozrzuconymi po wzgórzach nad zatoką, Maroko.

Oczywiście całą masa portów europejskich: Rotterdam, Antwerpia, Zeebrugge, Rouen, Huelva, Gibraltar, Alicante, Malaga...

Przez rok robiłem za starszego marynarza - strażaka, potem, przez pół roku, za asystenta pokładowego.

Potem zamustrowałem na jeden z największych, wówczas, polskich statków, zbudowaną we Włoszech "Ziemię Szczecińską". Za czwartego oficera.

http://polsteam.com.pl/ship/759

To była żegluga! ziemia naokoło -  z węglem, przez Atlantyk, Morze Karaibskie, z tankowaniem na Arubie,  Kanał Panamski, Ocean Spokojny, do Japonii. Potem jeszcze jakieś nawrotki, przez Indie do Polski i z Polski, przez Morze Śródziemne, Kanał Suezki, Singapore, do Japonii. Fajne.

Gdzieś w tym okresie (1969 rok) poznałem w Mrągowie, na urlopie Grażynę. Była koleżanką Joasi ze studiów, nawet Joasia u niej mieszkała przez jakiś czas. Grażyna jechała na jakiś obóz/zgrupowanie do Giżycka. I po drodze wpadła do Joasi. Joasi w Mrągowie nie było, a ja byłem. No i się zaczęło. Chodzenie do lasu, wąchanie kwiatków, wąchanie siebie...

Ona wróciła do Warszawy, a ja do pracy, ale już wiedzieliśmy, że mamy się ku sobie. 

Potem, - jak mi już na statku powiedział Starszy Mechanik - na zastępstwo, zamustrowałem za trzeciego oficera na słynne "Bieszczady".

        http://polsteam.com.pl/ship/472

Słynne, bo dowodziła nimi jedyna (w tym czasie) pani Kapitan, Kobylińska-Wallas. Tyle, że zamiast pani Kapitan (która pojechała na urlop, na miesiąc) poznałem mało ciekawego jej męża pana Wallasa, który był u żony Starszym Oficerem. Wyciągnęła go, za uszy od bosmana do chiefa. Ale z natury został bosmanem, więc nie bardzo mu szefowanie na pokładzie wychodziło. Zrobiłem tylko jeden rejs. DO Włoch, i powrót przez Tunezję (bodaj) do Polski. I tyle.

Ale za to miałem wolne, a potem, w ramach rekompensaty wysłano mnie na budowę statku "Kędzierzyn" do Gdańska.

 http://polsteam.com.pl/ship/561

Był rok 1969.

 

cdn.

 

czwartek, 09 lipca 2009
Niemce, suplement do CV 2

           u.a.

Nie wiem czy na temat, bo nie wiem co pisdurnie napisali o Holocauście. Coś słyszałem ostatnio o zdaniu Chadecji niemieckiej o przesiedleniach. I to niżej jest właśnie o tym.

Za to, skoro mieszkam na wsi to wiedziałbym coś od "miejscowych" o współpracy wieśniaków z Niemcami. A wiem, że w mojej studni (bo była to niezamieszkana posesja) ludzie chowali granaty i naboje. Chyba nie przeciw Polakom!

Ale uważam, że warto o tym napisać. A ponieważ nie zawsze czytamy komentarze, więc cytuję je (niemal nie zmienione) w tej notce.

Komentarz: 

2009/05/27 13:30:02

wtrącając się zupełnie nie w temacie, ciekawi mnie bardzo, co sądzisz, jako starszy kolega-blogger, o artykule w Der Spiegel dt. Holocaustu i reakcji PiS w tym temacie ( interwencja w MSZ) ? Interesuje mnie po prostu Twój punkt widzenia :]

 

Moja odpowiedź:

Nie komentuję Jarosława. Głupot nie da się, nie można komentować.
A na serio, ja mieszkam na obszarach, gdzie główna ulica w mieście (Mrągowo), teraz Warszawska nazywała się przed wojną (II) Hitler Strasse, a jej przedłużenie (teraz "Królewiecka", zaś zaraz po II wojnie "Armii Czerwonej") Goering Strasse.
Moi sąsiedzi, z dzieciństwa, nazywali się Grosskopf. I żyliśmy obok siebie, w pełnej zgodzie i przyjaźni.

Pamiętam Wielkanoc, może to był jakiś 1955 rok?,  kiedy Joasia wspięła się na niski dach domu Grosskopf'ów z dzbankiem wody (a był śmingus-dyngus) i goniła najstarszego z braci (Hansa) do krawędzi dachu. Hans, wtedy młody, wysoki, nastolatek, bez problemu przewiesił się przez krawędź dachu i zeskoczył.

A my, z rozdziawionymi gębami obserwowaliśmy taką scenę:

najpierw z dachu (około trzy metry) spadła woda,

potem spadł biało emaliowany dzbanek,

na końcu spadła Joaśka.

Leżała jak martwa. Nie wiedzieliśmy co zrobić, byliśmy przerażeni. Wtedy ktoś zaproponował nieśmiało:

"Może zrobić sztuczne oddychanie?"

I wtedy Joasia, martwo leżąca na ziemi, zakrzyknęła:

"O tak, sztuczne oddychanie, sztuczne oddychanie !!!"  No i było po omdleniu. 

I odżyła, na nasze szczęście. Nie pamiętam tylko, czy zwichnęła nogę, mam lukę w pamięci, ale to możliwe.

Zaś potem, po zeznaniach w domu, ponoć (tu też szwankuje nam pamięć) mimo tego, że sobie zwichnęła nogę (też ponoć) dostała jeszcze lanie. Cóż, wtedy się chowało dzieci normalnie, a nie idiotycznie. 

Za to nic nie popsuło naszch stosunków z sąsiadami. I wiem jeszcze, że któryś z Grosskopf'ów nawiązał, wiele lat później, kontakt z moim bratem. Stare dzieje, ale na pewno nie było w tym żadnej - wykorzystywanej przez pisuary - nienawiści. Wręcz przeciwnie.

Kolega mego brata, kolega z klasy, choć nie był Niemcem, a miał tylko niemiecko brzmiące nazwisko, w czasie Gomółki, czasie wypędzania "Niemców" z Polski został zmuszony do wyjazdu do RFN-u.
Mój pradziadek, po kądzieli, tak słyszałem od Mamy, pochodził z Niemiec.
Mój sąsiad, były sołtys mojej wsi, ma prawie całą rodzinę w Niemczech. Od niego kupiliśmy działkę i zabudowania, w których mieszkam. I żyjemy w pełnej zgodzie, i przyjaźni. Pomagamy sobie nawzajem. Odwiedzają mnie ludzie, którzy przed wojną wychowali się w moim domu. Niemcy. I są serdeczni. Żadnych zawiści, żadnych pretensji.
To JA MÓGŁBYM MIEĆ OBAWY I PRETENSJE. A nie siejący zawiść i nienawiść Jarosław. A ich nie mam. Nawet nie wiem, o co bym te pretensje miał mieć. Czasem grzebię w historii. I myślę, że jesteśmy w fazie względnego, i rozsądnego, spokoju. No poza tymi dwoma durniami.
To co robi PiS jest haniebne. Jest czymś czego winniśmy się wstydzić. Źle. Powinniśmy wspólne wszyscy bardzo ostro protestować, bo to tak jak z wypominaniem komuś dziadka z Wermachtu, zapominając o swoim ojcu z UB. Nie z SB. Kto zna różnicę, ten wie...

Pan Wałęsa miał (świętą) rację mówiąc, w jakimś wywiadzie, po wyborze kurdupla na prezydenta, że tych dwóch (chowanych bez podwórka) potrafi tylko niszczyć. Dziwi mnie tylko, że tylu dupków się do nich przyczepiło. Jest taka zasada, ale już jej, na przykład, Panu Cymańskiemu, czy Kurskiemu, Giżyńskiemu i innym, oszczędzę...

Szkoda słów. Bez klasy. 

 PS Okazuje się teraz, że to podwórko ma cholernie duże znaczenie...

sobota, 04 lipca 2009
CV 2 Suplement 1 Pani od historii

 

picasaweb.google.com/

Od paru dni ściga mnie wspomnienie. Wspomnienie szkolne. Z liceum. Wtedy (w tym nieusprawiedliwionym okresie sowieczczyzny w Polsce) nie było gimnazjów, a była tylko siedmioletnia szkoła podstawowa i czteroletnie liceum (klasy osiem do jedenaście).

Od dziewiątej klasy była naszą wychowawczynią. Pani Emilia Jacewicz. Nauczycielka historii.

Mała, pomarszczona, zgarbiona, szczuplutka pani. Chyba nie miała, w tym swoim zgarbieniu, nawet 155 centymetrów wzrostu. Przychodziła jednostajnie, ubrana w jakieś szarości, z garbatym nosem, i tą swoją krótkowzrocznością, która nie pozwalała jej (teraz wiem, jakie to musiały być kompleksy, ale nam głupim dupkom do pustych łbów to nie przyszło) na noszenie grubych okularów. Pewnie się tego bardzo wstydziła.. A niestety nie było wtedy dobrych technik wytwarzania ultra lekkich i mocnych szkieł.

I Pani Emilia, zmęczona pasją czytania, pasją poznania, przez którą to pasję traciła swój wzrok, żeby przeczytać cokolwiek, na przykład standartowe wyczytanie nazwisk z Dziennika, żeby sprawdzić listę obecności, podnosiła ów dziennik na dziesięć centymetrów od twarzy. Nie umiem sobie wybaczyć tej beznadziejnie głupiej okrutności gówniarza, którego ten widok, malutkiej, bezbronnej kobiety, z nosem w dzienniku, tak rozbawiał.

Była świetną nauczycielką. Nawet jeszcze w szkole, żałowałem, że mój umysł, opierający sztukę uczenia się na prawach logiki, więc na poznawaniu prostych podstaw i zależności, z których potrafił wyprowadzić sam odpowiedź na bardziej skompilkowane zadania, tak mało chciał poświęcać czasu na pamiętanie. A przecież historia, to pamięć.

Uczyła nas z pasją. Kazała nam kupować "Mówią Wieki", gdzie historia nie była podręcznikowa, a felietony były ciekawe, i chociaż, jak zwykle w takim wieku, mieliśmy aż za dużo innych zajęć, to jednak czasem artykuły tam publikowane przykuwały. Historia stawała się częścią naszej kultury.

Pamiętam szczeniacki śmiech, kiedy Nasza Pani opowiadała nam o jakimś zakonie z okolic wczorajszej Jugosławii, którego cezurą było nie mycie się. Ubaw po pachy! Jak by to było fajnie się nie myć!

- Wiecie - mówiła Pani Jacewicz - to wcale nie jest ani wesołe, ani śmieszne. Oni ściągali na siebie masę chorób skórnych. Brud w końcu zabija. Byli strasznie nieszczęśliwi...

Ja tam jej uwierzyłem.

Zmarła w latach siedemdziesiątych w Olsztynie. Było mi smutno, bardzo, kiedy się o tym dowiedziałem. Tak samo, jak smutno mi teraz, kiedy myślę o tej niezwykłej kobiecie.

Szkoda, że się dobrze nie uczyłem. Przepraszam, droga Pani.

PS. Dziękuję Panu Dyrektorowi Sławomirowi Rudnickiemu, za pomoc w uzupełnieniu luk w pamięci. Co szkoła to szkoła. Dobra. Myślę, że powinien Pan być z niej dumny.

czwartek, 02 lipca 2009
Wojna w puszczy

Klaudia, Klaudia!!!

Krzyk obudził Klaudię tak szybko, że zapomniała o otwieraniu tylko jednego oka i otworzyła od razu oba. Na parapecie dziadek stał nieruchomo, więc, pomyślała, to nie on ją wołał. Podeszła do okna. Był piękny, ciepły, rozpromieniony słońcem dzień. Takie lato Klaudia lubiła najbardziej. Powoli otworzyła jedną połówkę okna na całą szerokość, i wychyliła się. Nic.

Straszne NIC.

- Nie wiesz, kto mnie wołał? - Klaudia spytała kasztanowego dziadka, ale nie wiedziała, czy jej coś odpowie, bo stał, jak wmurowany.

Dziadek przekręcił głowę, popatrzył swoimi oczyma na Klaudię, i powiedział:

 - Wiem. Ale chyba się będziesz bała. Bo to groźne zwierze.

Klaudia zamyśliła się. Jakie zwierze, przecież wiedziała, że w puszczy nie ma wilków! I nie ma niedźwiedzi. A wszystkich innych się nie bała. Bo były od niej mniejsze.

- To był żbik - powiedział Dziadek, i wyciągnął zapałczaną łapkę - siedzi tam. O!

Klaudia przypatrzyła się uważnie. To co zobaczyła, wyglądało jak bury kot dachowiec, tylko, chyba było większe.

               http://miasta.gazeta.pl/krakow/ 

- Mogę go zawołać? - spytała Dziadka. 

- Pewnie, przecież to on Ciebie wołał. Już chciała zawołać żbika, ale ten zauważył ją w oknie, i powoli podszedł pod dom. Przeskoczył płot, jakby go w ogóle nie było, i wachlując ciałem, jak kot, czy tygrys, który ma zawsze kocie ruchy, podszedł pod okno.

-Witaj - powiedział - mam do Ciebie prośbę. Acha, mam na imię Zbig.

Klaudia przypatrzyła się mu uważnie, i poczuła lekki strach. To było duże kocisko. Spokojnie by ją porwało na strzępy. Musiała się dowiedzieć,  o co chodzi, więc  wpadła na pomysł, żeby, przed wypytaniem żbika, zapytać najpierw różdżki. Podbiega do szuflady, wyjęła różdżkę, i powiedziała: - Lipoduchu, Lipoduchu, powiedz mi, czy żbik Zbig nic mi nie zrobi? Różdżka rozświetliła się, ale w  pokoju nie zrobiło się jaśniej. Za to Klaudia usłyszała szum liści dębu, a potem szept: - Nie martw się. On Cię bardzo potrzebuje. Za chwilę będziesz mnie prosić o pomoc dla niego. Więc pamiętaj, żeby zabrać różdżkę!

Klaudia usiadła na parapecie. Żbik podszedł bliżej i powiedział: - Skocz na mnie - mamy kawałek drogi. Klaudia skoczyła, i przytuliła się do żbika. Miał mięciutkie futro, takie jak jej kotek Łaciatek. Już wiedziała, po locie z orłem, jak się zachować. Za to na Zbigu było jej znacznie wygodniej. Kot ruszył w drogę olbrzymimi susami. Pędził jak szalony poboczem asfaltu, potem szutrowej drogi, a w końcu ruszył wskroś przez knieję. Zgrabnie omijał wszelakie gałęzie, przeskakiwał przez powalone pnie, aż znaleźli się w miejscu, które Klaudia znała. To przecież tu była z mamą niedawno. I tu było jej szczęśliwe miejsce grzybowe.

               no-sens

Zbig stanął. Klaudia zsiadła z niego, i stanęła koło ogromnej paproci. Paproć była śliczna i miała świeży jasno zielony kolor.

-To - zaczął żbik - jest mój teren. Po drugiej stronie jeziora jest królestwo rysia. Ja tam nie chadzam. Ani nikt z mojej rodziny. Bo on jest groźny. I duży - dokończył Zbig.

Rozległ się lekki szelest i Klaudia zobaczyła, jak zza paproci wychyla się drugi ryś, leciutko się o nią ociera, a potem całuje noskiem, jak Eskimos, Zbiga. - To moja żona - powiedział Zbig.

- Ostatnio, niestety, ryś postanowił zająć nasze tereny - powiedziała żona Zbiga - Bardzo się boimy o nasze małe, bo przecież ryś jest wielki! Może nasze maleństwa przegonić, albo....

Pani żbik nie skończyła, a Klaudia zobaczyła, że jej oczy robią się łzawe. - Możesz nam pomóc? - spytał Zbig.

- Nie wiem - wyszeptała Klaudia. Nie wiedziała jak może im pomóc, ale przypomniała sobie, że za pomocą różdżki mogła porozmawiać z Lipoduchem.

- Poczekajcie - powiedziała - Muszę porozmawiać z waszym władcą, i nim żbiki cokolwiek odpowiedziały Klaudia wyszeptała cichutko, bo przecież w lesie było cicho: -Lipoduchu, Lipoduchu, jak mogę pomóc żbikom, znad jeziorka? - spytała. Różdżka pojaśniała i  Lipoduch wyszeptał jej do ucha, tak cicho, żeby zwierzęta nie słyszały: - Poproś mnie o pomoc, o to, żeby żbikom nic się nie stało! I głos Lipoducha zniknął. Klaudia zbierała przez chwilę myśli i w końcu powiedziała:

- Lipoduchu, Lipoduchu, pomóż mi zrobić coś, żeby żbikom ryś nie groził - no i jak zwykle, dodała - Proszę!

Coś błysnęło. Klaudia nie wiedziała co, ale zrobiło się tak biało, że nic przez chwilę nie widziała. Kiedy zrobiło się już normalnie przed Klaudią stał ogromny, brązowy wilk.  Żbiki, skuliły się ze strachu, i chciały uciekać na drzewo.

              grimma.blox.pl/2009/03/wilk-jest-duzy.html

           grimma.blox.pl/2009/03/wilk-jest-duzy.html

- Nie bójcie się - zagrzmiał wilk - przychodzę wam pomóc. Przecież Klaudia mnie wezwała!

Klaudii trzęsły się troszkę kolana ze strachu, bo wilk był cztery razy większy od żbików, i miał bardzo ostre kły. Tylko tyle, że jak patrzył na Klaudię, to jakby się uśmiechał. - Dobrze - teraz pójdziemy na granicę waszego terenu - powiedział wilk do Zbiga - poprowadzisz? - spytał. I obaj poszli ścieżką nad jeziorko, a potem okrążyli je aż do połowy, gdzie kończył się teren żbików.

- To tu - powiedział Zbig. Wilk usiadł, za krzakiem, żeby go nie było widać, a że wiatr wiał w ich kierunku, od strony terenów rysia, więc wiedzieli, że ten ich nie poczuje. Rysie mają jeszcze lepszy węch niż psy. Po jakimś czasie z zarośli wyszedł piękny, szary ryś. Chwosty na uszach sterczały mu dumnie, i miał bardzo wojowniczą minę.

                 zzknafle.republika.pl/rys.htm

Wilk skoczył na cztery łapy, oczy mu błysnęły rubinem, kiedy wylądował o pięć centymetrów przed  rysiem.

- Od dzisiaj, od tej chwili - zawarczał wilk - nie wolno ci przekraczać tej granicy! Kiedy tylko tu przejdziesz, spotkasz mnie. Ale już nie będę wtedy z tobą rozmawiał. Zrozumiałeś?

Ryś aż usiadł na tylnych łapach, położył uszy po sobie, ale nic nie powiedział. Tylko pokiwał głową, w której dwoje bursztynowych oczu patrzyło zagniewane na wilka. A potem odwrócił się, i bezszelestnie odszedł.

Wilk ze żbikiem wrócili do Klaudii i Pani żbikowej. Wilk ukłonił się jej, a na pożegnanie powiedział:

- Już teraz tu będę zawsze, kiedy pani żbikowa poprosi o pomoc. A ty, moja dzielna możesz mnie zawołać zawsze. Umiem szybko biegać, więc przybiegnę na każde Twoje zawołani.

Chwilkę pomyślał.

- Wiesz? Wezmę Cię teraz do domu. Niech państwo  żbikowie odpoczną.

Klaudia wsiadła na wilka, objęła jego szyję i pognali jak huragan. W parę chwil byli pod furtką do jej domu.

- Dziękuję Ci wilku. Jak masz na imię? - spytała. - Junior - powiedział wilk. Bo tata był zawsze Seniorem. I tak już zostało. No to cześć - powiedział wilk i nagle zniknął.

A Klaudia szybciutko schowała swoją różdżkę do szuflady. Wyszła jeszcze na balkon, i podziwiała piękny las na horyzoncie. A drzewa powoli tańczyły wiatrowy taniec.

poniedziałek, 29 czerwca 2009
Na lwyby?

Klaudia znała tę piosenkę. Mama mówiła jej, że to najwspanialsza para autorów: Pan Wasowski i Pan Przybora. A od dziadka-wójka słyszała, że Pan Jonasz Kofta uczył się u nich pisania ładnych tekstów. Bo oni byli super!

I właśnie przeczytała tekst tej piosenki, która, Klaudia szczerze musiała się przyznać, zawsze napędzała jej stracha przed pójściem do lasu. Bo ryby i grzyby, ale przecież były też lwyby! A lwów Klaudia się bała. No, ale tylko do czasu, kiedy spotkała Lipoducha.

Piosenka jest taka:

Na ryby

Na ryby - w kaździuteńki wolny dzień
Na ryby - nad leniwą rzeczkę w cień
zabieramy sprzęt i starkę
a na drzwiach wieszamy kartkę
Nie wracamy aż we czwartek
zapuszczamy się pod Warkę
Na ryby - by zielony wdychać chłód
Na ryby - by odbiciem tykać wód
Jedną twarzą łyknąć z flaszy
Drugą z toni w niebo patrzyć
Na ryby...

A można i na grzyby
Na grzyby - w aromatów pełen las
Na grzyby - przed wyjazdem słuchaj sprawdźmy gaz
Weźmy czegoś parę kropel
A na drzwiach wywieśmy o tem
Że ruszyliśmy w sobotę
bo powzięlismy ochotę
Na grzyby - tu borowik a tam dzik
dzik wściekły na mnie... ech... pociągnijmy sobie łyk
nie musimy dużo łykać by się przestać lękać dzika
bo gdyby gdyby łyk większy
to na lwyby a dlaczego nie na lwyby

na lwyby - na gorący czarny ląd
na lwyby - gdyby gdyby nieco bliżej stąd
właśnie wziąłby człowiek amunicję
eksportową śliwowicję
drzwi opatrzyłby w inskrypcję:
"przedsięwzięto ekspedycję"
na lwyby - patrzysz samiec wiec go trrrach
a tu lwica - tonie w łzach
robi nam się strasznie głupio
bo ten lew już chyba trupio
więc czyby nie lepiej już na ryby
lub na grzyby
albo na ryby
w każdym razie nie na lwyby
a może na ryby w grzybach duszone
 

No. Dobrze, że Dwaj Starsi Panowie, też nie poszli na lwyby.

Któregoś dnia Klaudia wybrała się z mamą nad piękny stawek w środku puszczy. Leśniczy zbudowali tam, na zboczu spadającym w stronę jeziorka, stół, ławki i wiatę. Nawet było miejsce na ognisko, i kosz na śmieci. Klaudia miała tu swoje prywatne miejsce, w którym, na jesieni, zawsze znajdowała olbrzymie prawdziwki. Takie, że ledwo je mogła podnieść. Piękne.

Ale dziś przyszły z mamą tylko, żeby posiedzieć chwilę w sercu puszczy.

Klaudia patrzyła się na czarną, gładziutką powierzchnię jeziora. Nagle zobaczyła, że powierzchnia jeziora się marszczy, a spod powierzchni wyłania się jakby główka. "Ryba, nie ryba?" pomyślała Klaudia. "A może syrenka?". Klaudia aż wstała. W następnej chwili zobaczyła ogon i rybią płetwę. "Ech, zdawało mi się" pomyślała.

Zeszła w kierunku jeziorka, i wzięła wielki kij, który leżał na brzegu, tuż koło ogromnego pnia, wywróconego drzewa. Po tym pniu można było dojść daleko, poza bagno, które otaczało jeziorko, i znaleźć się nad czystą wodą.

Podpierając się kijkiem, powolutku, przesuwała się w stronę jeziora. Kiedy była już poza bagnem, nad samą wodą, kucnęła. Patrzyła naokoło, i była pewna, że to stworzonko, które widziała pojawi się znowu. I nagle wynurzyła się olbrzymia głowa, i Klaudia była pewna, że ma koronę na głowie. To była głowa suma. Z olbrzymimi wąsami. Taka wielka, że za jednym ruchem szczęk połknęłaby Klaudię!

Klaudia o mało nie wpadła ze strachu do wody.

-Nie bój się - powiedział sum. Jestem królem mazurskich jezior. To mnie widziałaś przed chwilą, kiedy siedziałaś na ławce, pod wiatą - powiedział sum - wiesz, ja mam strasznie dużo pracy, bo muszę sprawdzać wszystkie jeziora i jeziorka i stawy na Mazurach. Pilnuję swoich poddanych.

Klaudia patrzyła się na na suma i wtedy przypomniała sobie, że w Mikołajkach widziała taki niby pomnik suma, który pływał, na jeziorze. Był sztuczny, ale mama powiedziała Klaudii, że to jest herb Mikołajek.

-Czy ty mieszkasz w Mikołajkach? - spytała Klaudia.

- Tak, pewnie widziałaś moją figurę pływającą na jeziorze. Ech.. - powiedział sum - teraz jej już nie ma. Szkoda.

- A, Panie Królu - powiedziała Klaudia i dygnęła nóżką - a ile jest ryb w jeziorach? - pomyślała chwilkę i dodała - No, w Twoim królestwie?

                   http://pl.wikipedia.org/wiki/Herb_Miko%C5%82ajek

- Bardzo dużo - odpowiedział sum - ale nie umiem Ci powiedzieć dokładnie ile. Miliony.

Sum zanurzył się na chwilkę, żeby złapać oddech, bo przecież ryby oddychają wodą, a nie powietrzem, wynurzył się znowu i powiedział - Kiedyś zabiorę Cię na przejażdżkę. Poznam Cię z okoniami, węgorzami, sielawami i szczupakami. I jeszcze z rakami, i z kiełbikami. I płotkami. Może zobaczymy też duże karpie. O sumach nie mówię, bo to moja świta, więc będziemy podróżować razem w ich eskorcie.

- A jak ja będę pływać pod wodą? - zatrwożona Klaudia naprawdę się przestraszyła.

- Powiedz Lipoduchowi. To mój stary przyjaciel. Na pewno coś wymyśli. On wie wszystko. I umie tyle rzeczy. Oj, szkoda gadać! - sum zanurkował, po chwili wynurzył się, i powiedział - Muszę już lecieć. Do zobaczenia!

Klaudia pomachała łapką, a sum zanurkował gwałtownie wzbijając fontannę wody ogonem, taką, że trochę kropli spadło na dziewczynkę.

Chwilę postała na końcu powalonego pnia, a potem, powoli wycofała się na brzeg. Wszystko wyszeptała mamie do ucha, przed snem, kiedy mama przyszła jej poczytać bajki. Mama nawet nie zdążyła jej niczego przeczytać, bo Klaudia natychmiast, wyczerpana wrażeniami, zasnęła.

 

Grzybobranie

              www.fotoplatforma.pl/pl/cd/Grzyby/?foto=3348

 

Klaudia czytała, aż jej się uszy trzęsły. Ja wiem, że uszy trzęsą się przy jedzeniu, ale Klaudia tak pożerała wiersz, że aż się jej uszy trzęsły. W końcu nie czytała, tylko pożerała.

A bajka-wiersz, który czytała, był piękny. Samego Jana Brzechwy. I nazywał się "Grzyby". Oto on:

Grzyby

 

Król Borowik Prawdziwy szedł lasem

Postukując swym jedynym obcasem,

A ze złości brunatny był cały,

Bo go muchy okrutnie kąsały.

Tedy siadł uroczyście pod dębem

I rozkazał na alarm bić w bęben:

„Hej, grzyby, grzyby,

Przybywajcie do mojej siedziby,

Przybywajcie orężnymi pułkami.

Wyruszamy na wojnę z muchami!”

 

Odezwały się pierwsze opieńki:

„Opieniek jest maleńki,

A tam trzeba skakać na sążeń,

Gdzie nam, królu, do takich dążeń?!”

 

Załkały surojadki:

„My mamy maleńkie dziatki,

Wolimy życie spokojne,

Inne grzyby prowadź na wojnę.”

 

Zaszemrały modraczki:

„Mamy całkiem zniszczone fraczki,

Mamy buty wśród grzybów najstarsze,

Nie dla nas wojenne marsze.”

 

Zastękały czubajki:

„Wpierw musimy wypalić fajki,

Wypalimy je, królu, do zimy,

W zimie z tobą na wojnę ruszymy.”

 

A król siedzi niezmiennie pod dębem,

Każe znowu na alarm bić w bęben:

„Przybywajcie, pieczarki, maślaki,

Trufle, gąski, purchawki, koźlaki,

Bedłki, rydze, bielaki i smardze,

Przybywajcie, bo tchórzami pogardzę!”

 

Ledwo rzekł to, wtem patrzy, a z boru

Maszeruje pułk muchomorów:

„Przychodzimy z muchami wojować,

Ty nas, królu, na wojnę prowadź!”

 

Wojowały grzybowe zuchy,

Pokonały aż cztery muchy.

Król Borowik winszował im szczerze

I dał wszystkim po grzybowym orderze

 

Klaudia odłożyła książkę. Przypomniała sobie, jak sama, z mamą chodziła po lesie, jak pięknie wyglądały grzyby, które, nagle - ni stąd ni zowąd - pokazywały jej swoje brunatne kapelusiki. Najfajniejsze były te malutkie, takie, które później mama marynowała. I w zimę Klaudia zajadała je, żeby bułka z szynką smakowała wykwintnie.

A w lesie, tropienie grzybów było czymś wspaniałym. Klaudia, zwykle, szła wolniej od mamy, i zaglądała pod każdy liść, każdy krzaczek, w każdy dołek.

"Och" myślała wtedy, "to nie takie łatwe!". I pamiętała, że kiedyś usłyszała cichy głos. Ten  głos mówił do niej "Tu, tu, spójrz na mnie!". Oglądnęła się, a przecież nikogo, oprócz mamy w lesie nie było, i zobaczyła, pod liśćmi borówek, wspaniałego, malutkiego podgrzybka.

A potem już było łatwo. Zawsze słyszała wołanie grzybów. I zawsze zbierała dwa razy więcej grzybów niż mama. Była z siebie dumna, ale trochę jej było żal mamy, bo mama też chciała zebrać dużo grzybów.

A wieczorem, zajadały się obie uduszonymi grzybami w śmietanie. Cudo. Z cebulką. Ach...

 

 

Do czytelników

Nie martwcie się, że Klaudia jest mała. Jest malutka tylko w bajce. Bo przecież dużej, takiej prawdziwej Klaudii, orzeł nie uniósłby w powietrze. Dlatego Klaudia w bajce jest malutka. Ale zobaczycie, jaka jest dzielna.

A naprawdę wygląda mniej więcej tak:

              www.nonko.friko.pl/pages/galeria.html

I nawet, jeżeli nie jesteś do niej podobna, to na pewno jesteś tak samo ładna.  I na pewno większa niż Klaudia z bajki.

Pomyśl. Jak zgodzisz się, żebyś w bajce była mała, to wtedy Lipoduch zabierze Cię na wspaniałe, ciekawe wycieczki-przygody. Przecież, gdybyś, w bajce, była duża, to każde zwierzątko bałoby się Ciebie. Bajka ma taką siłę, że może Cię zmniejszyć. I wtedy wchodzisz w świat, do którego dorośli nie mają dostępu. To jest Twój świat. Świat bajkowej Klaudii.

I pamiętaj. Dla Mamy i Taty, nawet, wtedy kiedy będziesz już taka duża jak twoja mama, zawsze będziesz ich dzieckiem. Bo mama Cię urodziła. I jesteś jej najbardziej ukochaną osobą. I tak będzie po wsze czasy.

CV 3

Uff. Po maturze, pamiętam, łaziliśmy z kolegami po Mrągowie, było piękne słoneczne lato, i śmialiśmy się do siebie, że teraz, nareszcie, jesteśmy dorośli, że możemy wszystko zrobić, że możemy podbić świat. Tak nam się wydawało. Nawet dokładnie pamiętam miejsce, w którym ta myśl się zwerbalizowała.

Ale za chwilę były egzaminy na studia. Rozjechaliśmy się. O ile dobrze pamiętam, to nikt, z naszej klasy, nie oblał egzaminów wstępnych. To zupełny szok, dlatego, od tej pory nie wierzyłem w żadne narzekania na "nierówne" szanse młodzieży z miasteczek w Polsce "B". Wszystko zależało od kadry nauczycielskiej. A nasza, mimo, że nierówna, była, summa summarum, dobra. Nauczyli nas myśleć. Jednym z takich nauczycieli był nauczyciel matematyki, później wice-dyrektor szkoły, a pewnie (nie chce mi się sprawdzać) i dyrektor tejże, pan Sobczyński. I wielu innych, ale jego wymieniam dlatego, żeby młodzi wiedzieli, dlaczego ulica, która prowadzi do szkoły nazywa się "Sobczyńskiego".

Tak wygląda to liceum:

           http://szkolnictwo.pl/

Do Szkoły Morskiej, ponoć było parę tysięcy kandydatów, po wstępnej selekcji zostało nas 1200 (taka selekcja na podstawie przesłanych papierów, więc i świadectwa maturalnego) i tych 1200 młodych ludzi przystąpiło do egzaminów i badań lekarskich. Czyli 10 na jedno miejsce!

Pamiętam, że były tylko dwa egzaminy, z matmy i fizyki. Matma zajęła mi trochę więcej czasu, a z fizyki wyszedłem w połowie czasu. Zdałem. Byłem szczęśliwy. Został tylko miesiąc wakacji, bo w sierpniu miałem się zameldować na legendarnym "Darze Pomorza".

Kandydatka. Tak nazywało się to dawanie w dupę. Kto nie wytrzymał, ten odpadał. Ręce nam twardniały od ciągnięcia lin, krzyże wzmacniały się od wiosłowania, w  czasie którego naiwnie uwierzyłem instruktorowi, że ten kto złamie wiosło, będzie miał cały dzień wolny! Złamałem. I zamiast wolnego dostałem karne roboty pod tytułem cegiełkowanie pokładu. Brrr. To takie ręczne cyklinowanie przy użyciu cegły! Białej.

Tylko jeden chłop nie wytrzymał. Wylali go za kradzież. Kradzież chleba.

                   www.klub.senior.pl/

Potem trzy lata Szkoły Morskiej. Ulica nazywała się wtedy Czerwonych Kosynierów, dziś nazywa się Morska. I tam mieliśmy internat. Pełne skoszarowanie, przepustki na wyjście do miasta, mundury marynarskie, które na trzecim roku zmieniły się na mundury oficerskie (czapka z daszkiem! Marynarka! Jezu, jaka duma i radość była), obozy przysposobienia wojskowego, wachty w Studium Wojskowym, w którym, przerobiony z zielonego pułkownika (zresztą po-radzieckiego) komandor Joryn, złożył mi kiedyś wizytę, wieczorem.

Poderwałem się na równe nogi (baczność!) zasalutowałem i zameldowałem:

-Obywatelu komandorze, marynarz K.J. melduje się na służbie! Nic ważnego nie zaszło. - tu trzask wyglansowanych obcasów.

- Spocznij, marynarzu - odpowiedział komandor - marynarzu, a taką wojskową piosenkę "Ri-ra" znacie?

- Melduję, Obywatelu komandorze, że nie znam! - trzask obcasów.

- No jak to, marynarzu, taka znana piosenka! - i komandor zanucił - Ri-ra, tari-ri -ra-ta-ta!

Znałem. To były pierwsze takty z muzyki z filmu "Most na rzece Kwai".

I powrót ze strzelnicy, kiedy jakiś głupek "skręcił" parę ślepych naboi, i w czasie przejazdu pod tunelem koło dworca wystrzelił z kałacha serię.

Dochodzenie, kara. Długo nie mieliśmy wyjścia. ZOK (Zakaz Opuszczania Koszar).

Rano, budzili nas o wpół do siódmej, mieliśmy pół godzinną gimnastykę, bez względu na pogodę, na stadionie, Potem śniadanie i od ósmej do piętnastej wykłady, lub ćwiczenia. Potem czas wolny. Ale nie w mieście. O nie. Wyjścia były tylko w sobotę i w niedzielę.

Zmowa.

Na musztrę prowadzał nas jakiś, jeszcze nie przekolorowany na granatowo (czyli nie wciągnięty do Marynarki) zielony oficer (chyba kapitan). Obowiązkowo, na mustrze odbywał się marsz, czwórkami, po  bieżni stadionu. Zawsze, w pewnym momencie padała komenda : "Wojsko! - przerwa jak do taktowania - Śpiew!"

I "wojsko" zaczynało:

"Nie zazna życia, kto nie służył w Marynarce,

Ach w Marynarce, w Marynarce"

I wściekły krzyk pana zielonego "Przerwać!  - Wojsko padnij!"

No i się czołgaliśmy. Błoto,  nie błoto. Ale warto było!

Uczyliśmy się, oglądaliśmy telewizję, z kolegami założyliśmy zespół "The Szmatołs", graliśmy w kawiarni, jakoś czas mijał.

Na drugim roku w 1964 roku, w kwietniu, zamustrowali nas na "Dar Pomorza". Popłynęliśmy w nasz pierwszy zagraniczny rejs. Aż do Las Palmas. Trasa była taka: Gdynia - Dover - Las Palmas - Gibraltar - Zeebrugee (Belgia) - Helsinki - Gdynia. Pierwszy raz byłem w saunie. Fińskiej. Prawdziwej, po której, nadzy, wskakiwaliśmy do rzeczki, przepływającej tuż koło tejże sauny. Bosko!

Na trzecim roku, już w 1964 roku jesienią, mieliśmy mieć praktyki, tym razem już na statkach handlowych. Jakoś moja grupka nie miała fartu i zamustrowaliśmy na ms "Ludwik Solski", kóry utrzymywał linię indyjską. Zrobiliśmy dwa rejsy do Cejlonu (teraz Sri Lanka),  Pakistanu, i Indii. Oczywiście przez Aden, Kanał Suezki,  i sporo portów europejskich, gdzie zbieraliśmy towary do Azji.

Ale tej praktyki było za mało (miało być około roku, a nasze dwa rejsy trwały tylko osiem miesięcy), więc w wiosną 1995 roku, wsadzili naszą grupę na "Dar Pomorza", który stał w stoczni Marynarki Wojennej. Wynosiliśmy "świnki" (takie żelazne bloczki) z zenz, gdzie leżały jako "stały" balast. Po konserwacji zenz, łądowaliśmy je z powrotem.

Marźliśmy, ale mam za to staż na "Darze" znacznie dłuższy, niż wielu moich kolegów.

W 1966, chyba w czerwcu, obroniłem pracę i dostałem dyplom. Skierowano mnie do pracy do Polskiej Żeglugi Morskiej w Szczecinie.

Po długim leniuchowaniu w domu (ach jeszcze przerwanym końcowym obozem wojskowym na terenie bazy Marynarki Wojennej w Gdyni - jakieś  sześć tygodni - lipiec-sierpień) w październiku pojechałem do Szczecina. Przyjęto mnie do pracy 27 października 1966, kiedy to spotkałem kolegę z Mrągowa i za jego namową "załatwiłem" sobie zamustrowanie na jedyny wakat na nowiutkim (świeżo po wodowaniu) statku pod tytułem "Metalowiec". Ten wakat, to był starszy marynarz - strażak. Więc jeszcze musiałem przejść szybkie szkolenie z pożarnictwa. Szybkie, bo trwało dwie godziny.

I zacząłem zarabiać pierwsze swoje pieniądze.

sobota, 27 czerwca 2009
Lot

Przenikliwy krzyk obudził Klaudię. Leniwie otworzyła prawe oczko, bo, pomyślała, że jak nie otworzy drugiego, to jeszcze śpi, a gdyby otworzyła oba, to już musiałaby wstać.

Popatrzyła na drzwi balkonowe, bo, wydawało jej się, że stamtąd usłyszała ów dziwny krzyk. Krzyk jakby mew, a trochę jak krakanie.

-Klia-klia-klijau - usłyszała znowu. Na poręczy balkonu siedział wielki ptak. Żółty zakrzywiony i ostry dziób wyglądał bardzo groźnie. Klaudia zamknęła oko i usilnie starała się wmówić sobie, że to sen, że jeszcze śpi.

-Klia-Klia-Klaudia - dobiegło ją wołanie zza drzwi balkonu, trochę ciszej, bo Klaudia schowała głowę pod kołdrę.

Klaudia powolutku wysunęła głowę spod kołdry, i już otworzyła, zdziwiona, oba oczy. Ptak patrzył na nią, lekko, jak zwykle robią to ptaki, przechylając na bok głowę.

    u.a.

- Klaudia - powiedział ptak - przyleciałem do Ciebie-

Klaudia była zdiwiona i przestraszona.

- Kim jesteś? - spytała.

-Jestem orzeł bielik. Mieszkam tu już od 25 lat. Jestem królem ptaków w puszczy. Nazywają mnie Biały. A nasze gniazdo ma ponad sto lat. Zbudowali je moi prapradziadowie. Zawsze tu przylatujemy, bo tu jest tak pięknie - Bielik popatrzył na Klaudię uważniej.

- Nie bój się mnie - powiedział - przyleciałem do Ciebie prosić Cię o pomoc - orzeł posmutniał, a Klaudia otworzyła usta ze zdziwienia.

- Dlaczego mnie wołasz -dopytywała się Klaudia.

- Bo dzisiaj rano stała się straszna rzecz - mówił cicho orzeł - nie wiem dlaczego, ale nagle nasze dziecko wypadło z gniazda. Jego mama płacze i czuwa przy maleństwie, żeby go żaden lis nie pożarł, ale ono umrze, jeżeli go nie zaniesiemy do gniazda. A sami tego nie możemy zrobić - mówił dalej Biały.

Klaudia, słuchając z uwagą tego co mówił jej orzeł, ubrała się szybciutko, i podeszła do drzwi balkonowych, ale bała się ciągle otworzyć drzwi.

- Rozmawiałem z Lipoduchem, - kontynuował Biały - i on mi powiedział, żeby przylecieć po Ciebie, bo Ty możesz nam pomóc!

Klaudia struchlała. "Jak ja mogę pomóc orłom?" Zaczęła usilnie myśleć "Orły", "Pomoc", "Lipoduch?"

-Wiem, - krzyknęła - Też znam Lipoducha - Klaudia uśmiechnęła się - Poczekaj, ale jak ja tam dojdę? - spytała orła.

- Zaniosę Cię. Usiądziesz na mnie i polecimy. To niedaleko - odpowiedział orzeł.

Klaudia przeraziła się. Lecieć na orle? A jak spadnie?

-Nie bój się - ptak jakby czytał jej myśli -nie spadniesz. Obejmiesz mnie za szyję, a ja będę frunął bez żadnych gwałtownych ruchów. Zobaczysz, jakie to fajne! - zachęcał Klaudię.

- Dobrze. Poczekaj - Klaudia podbiegła do szuflady i wyciągnęła różdżkę, po czym podeszła do drzwi na balkon, i otworzyła je. Biały sfrunął z poręczy, i usiadł na podłodze balkonu.

- Wsiadaj - zakomenderował.

Klaudia wspięła się lekko, usiadła na grzbiecie ptaka, pochyliła się i objęła go mocno za szyję.

W tym momencie orzeł zrobił parę kroków, odbił się i rozwinął ponad metrowe skrzydła. Silnie uderzył nimi w powietrz, Klaudia usłyszała świst powietrza i zobaczyła, że wznoszą się powoli do góry. Po chwili lecieli już powyżej jesionów i klonów, które rosły na jej podwórku.

Wznosząc się wielkimi kołami byli bardzo wspinali się bardzo wysoko i Klaudia widziała swój domek i ogród jak malutkie zabawki. takie mini, mini.

   zoomi.pl

W pewnym momencie ptak przestał się wznosić i skierował sie w kierunku jeziora. Klaudia trzymała się kurczowo szyi ptaka i patrzyła na przepływający pod nimi krajobraz. "Jak z lotu ptaka" uśmiechnęła się do siebie Klaudia. Minęli wzgórza i wlecieli nad jezioro. Klaudia, od razu zobaczyła wyspę, która zawsze ją ciekawiła. "Muszę tam kiedyś popłynąć" obiecała sobie.

A Biały, nie ruszając skrzydłami, szybował dostojnie na drugą stronę jeziora.

zoomi.pl

Kawałek za jeziorem, orzeł zaczął znowu krążyć. Klaudia zauważyła, że znajdują się nad leśną polaną, która z góry wyglądała inaczej niż z myśliwskiej ambony, ale rozpoznała ją, po małej "wysepce" drzew na skraju polany.

zoomi.pl

- Wiem, wiem, gdzie to jest - krzyknęła do orła.

- Zaraz wylądujemy - odpowiedział Biały.

Powoli, statecznie zniżał się, za każdym kręgiem byli niżej i niżej, aż w końcu wlecieli między wysokie sosny. Klaudia aż przytuliła główkę do karku ptaka, bo bała się, że uderzy się o gałęzie. Ale Biały, zgrabnie skręcając, bez problemów wylądował u podnóża olbrzymiej sosny.

Klaudia zeszła i zobaczyła jeszcze większego orła. "To pewnie mama" pomyślała Klaudia.

-Och, dziękuję Ci -odezwała się orla mama - jak dobrze, że się zgodziłaś przylecieć do nas. Proszę pomóż nam zabrać nasze dziecko do gniazda - i mama pokazała skrzydłem na czubek sosny, gdzie Klaudia zauważyła ogromne gniazdo przylepione prawie do wierzchołka drzewa.

Gniazdo było majestatyczne. Musiało mieć conajmniej dwa metry średnicy i ze trzy metry wysokości. Zrobione było z dużych gałęzi poprzeplatanych ze sobą. "Pewnie każda para rodziców je poprawiała i powiększała" pomyślała Klaudia, przypominając sobie, co jej o tym gnieździe opowiadał Biały*.

Obok orłów leżało na ziemi pisklę. "O jejku" pomyślała Klaudia "Przecież ono jest większe ode mnie!"

Powoli podeszła do pisklęcia. Pisklę cofnęło się, przestraszone.

- Nie bój się - powiedziała Klaudia. - przyszłam tu, żeby Ci pomóc. Poczekaj chwilkę.

Klaudia usiadła na skrzyżowanych nóżkach. Wyjęła różdżkę zza paska, wyciągnęła rączkę i powiedziała:

- Nie przestraszcie się, bo nagle błyśnie - i patrząc na Białego, mówiła dalej - może lepiej byłoby, jakby mama poleciała teraz do gniazda, bo to stanie się nagle, i dziecko może być w gnieździe przerażone!

- Dobrze, powiedziała mama orła, zrobiła parę kroków, i, rozwijając ogromne skrzydła, wzbiła się w powietrze. Po chwili usiadła na gnieździe.

Klaudia wyciągnęła rączkę, w której trzymała różdżkę.

- Lipoduchu, Lipoduchu pomóż mi - powiedziała.

Różdżka rozjaśniła się, cienie lasu znikły i zrobiło się tak jasno jakby tysiące reflektorów zapaliły się od razu.

- Zanieś pisklę Białego do gniazda, proszę -dokończyła Klaudia.

Wszyscy poczuli powiew powietrza, drzewa lekko pochyliły się, światło zgasło, a pisklę znikło.

-O Klaudio, dziękuję Ci - usłyszeli z góry głos orła-mamy - Jest nasze dziecko, już jest bezpieczne.

Klaudia odwróciła się w kierunku polany i pochyliła się w głębokim ukłonie.

-Dziękuję Ci Lipoduchu - wyszeptała.

Potem Biały poprosił ją, żeby usiadła na nim, wzbił się w powietrze.

   no-sens

Przelecieli nad gniazdem, gdzie siedziała orla mama i troje piskląt, i skierował się w stronę wsi. Po chwili, delikatnie wylądował na balkonie Klaudii.

- Dziękuję Ci bardzo - powiedział - jak będziesz chciała gdzieś polecieć, to mnie zawołaj. Będę słyszał.

I nim Klaudia zdążyła coś powiedzieć, wzbił się szybko w powietrze i po chwili był już tylko malutkim punkcikiem na niebieskim niebie.

 

*- gniazda orłów bielików, chociaż naukowcy skłąniają się do kategoryzowania bielików jako orleny, a nie orły, sięgają średnicy 2.5 metra i moga być wysokie na 4 metry. Waga takiego gniazda to około 600 kg. Dlatego orły wybierają bardzo mocne drzewa do budowy takiego gniazda. Zdarza się również, że rodzina bielików buduje kilka  gniazd. Prawdopodobnie dla bezpieczeństwa.

Warto pamiętać, że to właśnie bielik, jest wzorem dla naszego godła państwowego.

                                      u.a.

piątek, 26 czerwca 2009
Gwiazdy

Klaudia siedziała na leżaku i patrzyła w rozgwieżdżone niebo. Prosiła mamę, żeby jej pozwoliła posiedzieć dziś trochę dłużej, bo była ciepła lipcowa noc. A ponieważ nie było księżyca, więc na czarnym niebie błyszczały malutkie światełka. Mrugały do Klaudii przeróżnymi kolorami, jedne ciągle takim samym kolorem, inne zmieniały się tęczowo.

"ile ich jest?" zapytała siebie Klaudia. I wtedy zauważyła delikatny ślad, jakby mgłę na niebie, która ciągnęła się od horyzontu, aż na drugą stronę, do drugiego końca horyzontu.

-Mamuś! - zawołała Klaudia, bo była pewna, że mama będzie wiedziała -  co to jest!

Z domu wyszeła mama Klaudii.

- Co się stało? - spytała

- Zobacz, zobacz mamuś,  o tu - paluszkiem pokazała na mglisty pas na niebie - co to jest?
- A, to jest Mleczna Droga! - powiedziała mama - Wiesz to jest nasza galaktyka. Ale, teraz Ci nie wyjaśnię, jak ona wygląda. To co tu widzisz, to są miliony milionów gwiazd naszej galaktyki, a nasze słońce to taka jedna z tych gwiazd. Tylko, że my znajdujemy się na brzegu galaktyki, A Ty teraz patrzysz, jakby, przez środek tej galaktyki. Poczekaj.

Mama wyjęła kawałek kartki papieru i ołówek z kieszonki fartuszka, który Klaudia bardzo lubiła, bo był w kolorowe kwiatuszki, i zaczęła coś rysować. Po chwili pokazała Klaudii prosty rysunek:

    no-sens

 -Widzisz te kropki to gwiazdki z naszej galaktyki. A tu gdzie jest czerwona kropka, to, mniej więcej, jest nasze Słońce. Poczekaj - powiedziała mama - Zaraz Ci przyniosę zdjęcie takie prawdziwej galaktyki..- I mama pobiegła do domu.

Po chwili wróciła, z latarką, żeby Klaudia widziała lepiej, otworzyła grubą książkę, chwilę wertowała kartki, a potem pokazał palcem jedno ze zdjęć:

               www.oa.uj.edu.pl/apod/ap021021.html 

- To taki widok, trochę z ukosa, ale tu - palec powędrował na inne zdjęcie - widok "z góry", tak jakbyś przelatywała nad galaktyką. - Mama się zamyśliła - Wiesz, chciałabym dożyć takiej chwili, kiedy można będzie sobie polecieć nad galaktyką! - Mama aż westchnęła.

             portalwiedzy.onet.pl/8332.1.1.1.galeria.html 

Klaudia patrzyła to na zdjęcia, to w niebo, i już widziała jak podobna jest Droga Mleczna do obrzeży galaktyki, które również wyglądały jak rozlane na czarnym niebie, mleko.

- A teraz nie można? - spytała mamy.

- O nie. Nam ledwie udało się dotrzeć na księżyc. A te gwiazdki w Mlecznej drodze, są strasznie daleko. Bardzo daleko!

- Wiesz - mama mówiła dalej - tak daleko, że nawet nie umiem Ci powiedzieć jak. Ale spróbuję.

- Spójrz - mama podniosła z ziemi trochę piasku, przesiała go między palcami, aż zostało jej jedno maleńkie ziarenko na dłoni. - Wyobraź sobie, że to ziarenko to cała nasza ziemia. Rozumiesz?

Klaudia kiwnęła główką. Wiedziała, że Ziemia jest przecież ogromna, że nie można jej obejść w ciągu roku, bo słyszała, że ma bardzo dużo kilometrów w pasie. A człowiek może, ciocia kiedyś opowiadała jej, tak jak żołnierze, maszerować tylko 5 - 6 kilometrów w ciągu godziny. A przecież musi i spać, i jeść, i odpocząć, więc nie może maszerować bez przerwy. Kiedyś ciocia powiedziała jej, że potrzeba by na to, gdyby to było możliwe, bo przecież po oceanach nie da się chodzić, około trzech lat! Więc skupiając się na ziarenku Klaudia intensywnie myślała jaka ona jest malutka na tym ziarenku piasku.

- Nie wiem, jak Ci to wytłumaczyć. - mama zastanawiała się chwilę - poczekaj. Mama poszła do domu i wróciła z kalkulatorem, na którym coś zawzięcie liczyła,

 - Wiesz Klaudia ile jest kilometrów z Ziemi do Księżyca?

- Wiem, -  krzyknęła Klaudia i bezwiednie podniosła oczy do góry szukając Księżyca, choć wiedziała, ze go dziś go tam nie ma.

Po chwili powiedziała - Mówiłaś mi kiedyś, że to 380000 km, to znaczy, że to jest więcej niż dziewięć razy naokoło świata! - Klaudia była dumna z siebie.

- Tak - mama skupiła się - Na początku powiem Ci  jak duża jest nasza galaktyka, tak, jak to poważni naukowcy...

- Tacy z brodami i okularami? - przerwała Klaudia.

Mama uśmiechnęła się. - No tak. Tacy - po chwili przerwy mówiła dalej - To jest strasznie duża odległość, wynosi około 100000 lat świetlnych- Mama spojrzała na Klaudię, która już chciała zadać następne pytanie:

- Wiem, wiem, co to jest rok świetlny. O to chciałaś zapytać?

-Tak, - Klaudia kiwnęła główką

- Rok świetlny to też bardzo daleko , to taka odległość, jaką światło przebiegnie w ciągu jednego roku.

- Przecież światło świeci, a nie biegnie! - zawołała Klaudia.

- Ej, mała - kiedyś tak myślano, potem okazało się, że malutkie cząsteczki światła, które nazywają się fotonami przemieszczają się w przestrzeni. I nigdy nie widzisz niczego w tym samym czasie, kiedy coś się dzieje, tylko o malutki ułamek sekundy później. Na przykład, ci brodaci okularnicy obliczyli, że światło, które produkuje nasze słońce dociera do nas po ośmiu minutach.

Klaudia miała otwarte ze zdziwienia usta. Nie wiedziała, że jak mama coś mówi, to ona nie widzi tego "od razu", a dopiero po malutkiej chwili.

- Moje dziecko, więc światło, żeby przebyć z jednego końca naszej galaktyki, tego skupienia gwiazd, które widzisz w postaci galaktyki, na jej drugi koniec, potrzebuje sto tysięcy lat!

Klaudia nie bardzo umiała sobie wyobrazić ile to jest te sto tysięcy, ale kiwnęła głową, że się zgadza.

- Policzyłam, że jeżeli to ziarenko, ta nasza Ziemia w miniaturze, a ziarenko ma ledwie pół milimetra średnicy, to granice naszej galaktyki, w takiej skali, skończą się o trochę dalej niż połowa prawdziwej odległości Ziemi od naszego Księżyca. Czyli około cztery i trzy ćwierci obwodów naszej planety.

Klaudia milczała. Takie małe ziarenko i tak strasznie daleko do końca galaktyki!

- A te gwiazdki, które tak ładnie błyszczą? - spytała.

- One też są bardzo daleko. - Mama popatrzyła w niebo, szukając czegoś, po czym wyciągnęła palec i pokazała malutkie skupisko gwiazd, które trochę wyglądało jak gwiezdny Mały Wóz, ale były mniejsze, i mniej błyszczące.

astrowojpisk.republika.pl/brenna1.html 

 - Wiesz - mówiła mama, a Klaudia przytuliła się do niej, bo robiło już się zimno - wśród tych gwiazd, tego gwiazdozbioru, albo inaczej konstelacji gwiazd, które astronomowie nazywają Plejadami, jest jedna, która nazywa się Proxima Centauri , zapamiętasz?

- Proxima Centauri - powtórzyła Klaudia z powagą i kiwnęła głową, aż jej włosy zasłoniły oczy. Odgarnęła je.

- To jest gwiazda, która jest najbliżej ziemi. Ona jest od nas tylko siedem lat świetlnych. Ale to tak i tak bardzo daleko. Bo to jest aż 80 i pół biliona kilometrów, czyli ponad dwa miliardy razy więcej, niż nasza wycieczka naokoło ziemi. A miliard to już ogromna liczba.

- Jak ogromna? - spytała Klaudia.

- Znowu, wracam do ziarenka, które tu ciągle sobie leży. Jeżeli byśmy chcieli ułożyć miliard ziarenek jedno na drugim, to długość miliarda ziarenek wyniosłaby 500 kilometrów!

- Och! - krzyknęła Klaudia, ponieważ nagle zdała sobie sprawę, jak daleko jest do gwiazd i jakie to są ogromne cyfry!

-Mamo, a są jeszcze większe liczby? - spytała

- Są. Nazywają się parseki. Ale teraz już zmiataj się myć i spać - mama podniósła Klaudię, przycisnęła ją do siebie, i ruszyli w stronę domu.

- Kiedyś Ci o nich opowiem - powiedziała mama całując Klaudię w policzek.

*****

"Droga Mleczna – galaktyka spiralna z poprzeczką, w której znajduje się m.in. nasz Układ Słoneczny. Droga Mleczna inaczej nazywana jest Galaktyką (lub Naszą Galaktyką, dla podkreślenia faktu, że się w niej znajdujemy). Zawiera od 200 (wg starszych szacunków) do 400 miliardów (wg nowszych szacunków) gwiazd, średnicę około 100 000 lat świetlnych i grubość ok. 12 000 lat świetlnych"

Średnica ziemi ok. 12 742  km

 
1 , 2
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze




kontakt: no-sens@gazeta.pl